O koniach marzyła od dziecka

Milena Małkiewicz swój czas dzieli między studiami na zootechnice i końmi. Jest szczęśliwa, bo swoim marzeniom mogła nadać realny kształt.

 

POCZĄTEK FASCYNACJI  I STADNINY

Gdy mieszkała jeszcze w Małym Głęboczku często odwiedzała ciocię Wardowską, która miała konia pociągowego. Milena bardzo go lubiła i czasami w nagrodę, gdy n.p. dzielnie zniosła wizytę u dentysty, sadzano ją na tego konia. Starała się, aby zasłużyć na  te przejażdżki swoim zachowaniem. Poza tym zbierała pieniądze na konia. Uzbierała cały spory plik banknotów, które raz w tygodniu rozkładała na podłodze i liczyła z dziadkiem, czy już wystarczy. Tyle tylko, że były to banknoty „starych” pięćdziesiątek i setek, które wyszły z użycia. Gdy już zamieszkali w Wielkim Głęboczku- Milena nadal marzyła o swoim koniu. W lipcu 1999 roku rodzice kupili jej pierwszego konia o imieniu Iga. Zaraz pierwszego dnia Iga uciekła do lasu, ale na szczęście po 1,5 godziny odnaleziono ją. – Było jej smutno samej w starej stajni- wspomina Milena- chodziła za nami jak pies, więc zabieraliśmy ją na spacery po lesie.

   Podczas pobytu na obozie konnym u p. Michalaka, w Małym Leźnie, Iga zaprzyjaźniła się z jego koniem- Boną, którą rodzice Mileny odkupili od właściciela. Potem Iga urodziła Iskrę. Był to pierwszy źrebak, no i ten fakt dał początek stadninie. - Teraz Iga ma 11 lat i ciągle jest u nas. Ma tu swoje dożywocie i miejsce w nowej, wybudowanej rok temu stajni- mówi Milena Małkiewicz. Iskra została sprzedana do hodowli. Następna była srokata klacz- Marcysia, a w tajemnicy przed mamą Milena z tatą kupili Marcysię. – Później to już szukaliśmy koni- opowiada ich wielbicielka- Kiedyś tato dowiedział się o dwóch koniach w Zbicznie. Chcieliśmy kupić tylko jednego, ale kiedy zobaczyliśmy je: wychudzone i stojące prawie po pas we własnych odchodach- kupiliśmy oba. Korę i Kawę musieliśmy odwszawić i leczyć. Nie obyło się baez kroplówek. Na początku, ze względu na zdrowie innych koni, trzymaliśmy je u pana Bogdana, który pracuje u nas jako woźnica. Jego żona bardzo troskliwie zajęła się chorymi klaczami i to dzięki jej opiece konie wyszły z choroby. Kora z powodzeniem startuje w zawodach hippicznych. Kawa, o 5 lat starsza od siostry odchorowała stanie w gnoju zapaleniem trzeszczek kopytowych.


 

STADNINA „MILKA” OD MILENY teraz STAJNIA GŁĘBOCZEK

W stadninie są konie rasy wielkopolskiej i polskie konie szlachetnej półkrwi. Jest ich OKOŁO 30. Naszych jest 26 dorosłych i źrebak Belisima- mówi Milena Małkiewicz- pozostałe tylko u nas mieszkają. Nie mogę nie wspomnieć o Kacperku kucyku, który jest tylko do oprowadzania. Wszystkie konie mają swoje paszporty, a w nich odnotowany cały rodowód. Mieszkają w pięknej, przestronnej, jasnej i czystej stajni- można tu chodzić w pantoflach.  Na każdym boksie wisi metryczka jego lokatora. Starą stajnię przeniesiono w całości na tragarzach, przy pomocy fadromy.

Konie mają tu i wygodę i bardzo dużo swobody. W ciągu dnia przebywają w padokach (ogrodzonych wybiegach). W jednym są np. wałachy i ogiery, w drugim klacze, itp.. W każdym stadzie jest przywódca (alfa) i , tak jak u innych gatunków, osobniki małoznaczące, t. zw. omegi. Każdy koń ma inny charakter. – Mam konia, który nie przepada za mężczyznami- opowiada Milena- inne, jak caren i Iga- są psotne i bywają zazdrosne. A n.p. Brom, koń mojej koleżanki, zakochał się w naszej klaczce i nie odstępuje jej na krok. Każdy koń natychmiast wyczuwa, że człowiek się boi i taką osobę raczej lekceważy. Jednak w stosunku do dzieci wszystkie konie są bardzo łagodne. Bona, która „chodziła” przez rok w hippoterapii –jeździły na niej w ramach zabiegów chore dzieci- jest na nie szczególnie wyczulona. Ta klacz pochodzi ze stajni Św. Ducha w Toruniu. Mam też kilka „pieszczochów”, a największym jest WAŁACH Ringo, a jeszcze w dodatku przepięknie się uśmiecha unosząc górną wargę i pokazując pełne uzębienie. Mam też specjalistów od ucieczek. Gdy tylko wyczują, że elektryczny pastuch jest odłączony od źródła energii- biorą taśmę w pysk i …uciekają. Kiedyś szosą w kierunku Wielkiego Głęboczka  ruszyło 7 koni. Ścigaliśmy je samochodem. Konie biegły ok. pół godziny, a potem się zatrzymały. Wtedy wystarczyło podejść z jakimś smakołykiem, dosiąść przywódcy stada i wszystkie grzecznie wracały za nim do stajni. Wszystkie są naprawdę wspaniałe.Wszystkie- dodaje Milena Małkiewicz.


 PRZYGODA ZE SPORTEM

Milena Małkiewicz jest studentką I.roku Zootechniki w Uniwersytecie Warminkso-Mazurskim, w Olsztynie. Studiuje kierunek: Zootechnikę o specjalności Hodowla Koni i Jeździectwo. W siodle siedzi już 10 lat i ma uprawnienia instruktora rekreacji ruchowej. Startuje też w zawodach hippicznych.- Biorę udział w konkursach w klasie LL- tłumaczy- to skoki do 80 cm, i w klasie L, do 100cm. Zawody organizują stadniny: we Wrocławku- Michelin, w Bydgoszczy- Osiedle Wilczak, w Grudziądzu- Ułan, czy Mordęgi u p. Niedźwieckich. Moje dotychczasowe sukcesy, to I i II miejsce w klasie LL we Włocławku.

Na wszystkie zawody zabiera swojego konia. Przewozi go w bookmanie (koniowóz, trajler). – Czasami jest problem, bo koń nie chce wejść do trajlera. Ale po jednym, dwóch wyjazdach problem znika. Koń musi zaufać człowiekowi i jeśli kierowca go nie zawiedzie- wchodzą do koniowozu bez obaw. – Podróż z koniem jest bardzo stresująca. Kierowca musi bardzo uważać zwłaszcza na zakrętach i jechać powoli- mówi Milena- ciągle myśli o bezpieczeństwie konia i jego dyskomforcie. Ringo, Kora i Dacja wchodzą do bookmana bez najmniejszej obawy- dodaje. Milena Małkiewicz „zaliczyła” już ok. 30 upadków z konia, ale to jej wcale nie zniechęca do jazdy konno i startu w zawodach. od lipca 2007 roku trenuje jeździectwo u Andrzeja Orłosia (74 l.) , który był trenerem polskich olimpijczyków.

Koń to nie tylko same przyjemności, ale też liczne obowiązki. Każdy jeździec sam dba o swojego konia i wykonuje zabiegi pielęgnacyjne. Trzeba konia wyczyścić przy pomocy szczotki, zgrzebła i kopystki do oczyszczania strzałki w kopycie. Konie uwielbiają się tarzać w piasku, ale potem należy je wykąpać. Latem , te z „Milki” kąpią się w pobliskim jeziorku lub są myte pod bieżącą wodą.

Każdy jeździec obowiązany jest posiadać podstawowy strój. Jest to: toczek lub kask (różnica polega na jakości materiału, z jakiego jest wykonany), sztylpy (czapsy)- osłony na łydki i palcat, czyli bacik. Są jeszcze buty- oficerki i inne detale, ale bez nich też można jeździć. Konieczne jest natomiast spełnienie podstawowego warunku: trzeba po prostu kochać konie. Przynajmniej tak, jak Milena Małkiewicz.